Wtedy do kuchni wszedł on – Mariusz. Spojrzał na rybę wzrokiem, który mówił więcej niż tysiąc słów: „Cierpliwości, to nie będzie bolało”. Nie szukał tłuczka, nie rozglądał się za ciężkim narzędziem.
Od tamtego dnia każdy w okolicy wiedział: gdy narzędzia zawodzą, a materia stawia opór, trzeba wołać tego, który nie potrzebuje sprzętu, bo jego własna ręka jest jak młotek .
Karp zastygł w bezruchu, uznając wyższość mistrza. W kuchni zapadła cisza, którą przerwał dopiero głos Mariusza:– No, i po sprawie. Samo poszło. Polska siła! reka_jak_mlotek
Wszyscy wstrzymali oddech. Mariusz uniósł swoją dłoń – potężną, twardą jak dąb i uformowaną przez lata przerzucania ciężarów. Jednym krótkim, precyzyjnym ruchem, niemalże z czułością, ale i niszczycielską siłą, uderzył w kark ryby. Puk.
Pewnego mroźnego grudnia, gdy śnieg skrzypiał pod butami, sąsiedzi zebrali się w kuchni, by przygotować wieczerzę. Problem był jeden: tradycyjny karp, wielki niczym tarcza gladiatora, ani myślał o spokojnym odejściu. Machał ogonem, rozbryzgując wodę na ściany i przerażając biesiadników. Wtedy do kuchni wszedł on – Mariusz
Czy chciałbyś, aby dopisać ciąg dalszy o tym, jak Mariusz poradził sobie z na wigilijnym stole?
– Mariusz, weź młotek! – krzyknął ktoś z boku.– Po co mi młotek? – mruknął gospodarz, podwijając rękaw. – Od tamtego dnia każdy w okolicy wiedział: gdy
W małej wiosce pod Białą Rawską krążyła legenda o człowieku, którego dłoń nie była zwyczajnym ciałem i kością. Mówiono o nim „Dominator”. Choć na co dzień był spokojnym rolnikiem, wigilijny wieczór zawsze wystawiał jego legendę na próbę.